Aktualności

O języku dialogu na Święcie Rodziny w Laxton Hall

7 czerwca 2014 r., w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, odbyło się w Laxton Hall w Anglii, zorganizowane po raz trzeci przez Polską Misję Katolicką, Święto Rodziny. Uczestniczyło w nim blisko tysiąc osób – Polaków, którzy przyjechali do Laxton Hall z różnych części Anglii. W czasie tego Święta Liderzy Spotkań Małżeńskich, Irena i Jerzy Grzybowscy, podzielili się refleksją na temat dialogu w małżeństwie, zainspirowaną słowami  czytania: „Słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże” (Dz 2,1-11). Na wstępie powiedzieli:„Zadziwiające! Oni się rozumieli nawzajem. Nie musieli mieć tłumaczy, ani mówić na migi. Nie musieli się domyślać, co kto miał na myśli i co chciał powiedzieć. Rzecz doprawdy niezwykła, bo przecież na co dzień ludzie ci posługiwali się swoimi lokalnymi językami. Jak to możliwe?”.

„Słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże” (Dz 2,1-11).   To niesamowite wydarzenie miało miejsce wtedy, w czasie Zesłania Ducha Świętego.  Kiedy myślę, jaką naukę z tego wydarzenia mamy wyciągnąć dzisiaj dla nas, w małżeństwie każdego z nas, w rodzinie, we wspólnotach, między ludźmi w ogóle, to przede wszystkim taką, abyśmy mówili do siebie w naszych małżeństwach, w rodzinie, a także w kontaktach z innymi ludźmi językiem zrozumiałym. Żebyśmy mówili językiem miłości.  

Nie jest to wcale takie proste, bo my też do naszego małżeństwa niejako przybyliśmy z różnych krain, ze swego rodzaju Mezopotamii, Kapadocji, Pontu, jako Kreteńczycy lub Arabowie. Bo każdy z nas wyszedł z innego domu rodzinnego, w którym mówiło się swego rodzaju własnym językiem, w którym panowały odmienne tradycje a często były różne obciążenia, które wnosimy do naszego małżeństwa. Każdy z nas ma inną historię swojego życia. I teraz mówimy do siebie językiem miłości. Głosimy miłość językiem zrozumiałym. A że dzisiejszy świat potrzebuje bardziej świadków niż nauczycieli, to sobie nawzajem nie prawimy kazań tylko  dzielimy się  sobą, jesteśmy dla siebie nawzajem. Ty dla mnie, ja dla ciebie. To jest możliwe tylko pod wpływem działania Pana Boga. Bo my byśmy się nawzajem pozabijali, a przede wszystkim dawno rozwiedli.

Ten wspólny język zrozumiały dla wszystkich, to język dialogu.

To język w którym staram się bardziej słuchać niż mówić, bardziej rozumieć siebie nawzajem niż oceniać, dzielić się sobą, a nie dyskutować. A  nade wszystko przebaczać  

Bo żeby głosić, trzeba najpierw wysłuchać, otworzyć się na drugiego człowieka, na najbliższych, jakimi są mąż-żona-dzieci, a potem inni członkowie naszych rodzin i inni ludzie w ogóle... jeżeli czegoś nie rozumiem, to pytać o powiedzenie innymi słowami: dopowiedz coś, proszę, powiedz coś innymi słowami, bo nie rozumiem.

Ten język trzeba usłyszeć. Czyli nauczyć się słuchać. Teoretycznie wydaje nam się oczywiste, że rozmowa składa się ze słuchania i mówienia. Zbyt często jednak zależy nam przede wszystkim na mówieniu, przedstawianiu własnych racji, argumentów, poglądów. Nie wystarcza nam czasu, ani nie mamy ochoty, żeby słuchać. Niekiedy mamy gotową odpowiedź na wszystko i już w trakcie, gdy mąż lub żona mówi, przygotowujemy odpowiedź. Czasem tylko z uprzejmości słuchamy, aż skończy mówić, żeby samemu się wypowiedzieć. Najczęściej jednak po prostu przerywamy, wchodzimy w zdanie, wcinamy się... Lubimy też pouczać, zauważać błędy, czy usterki na przykład w wypowiedziach innych bardziej niż wartości tych wypowiedzi...

Najdziwniejsze jest to, że słyszymy często tylko to, co chcemy usłyszeć, słuchamy selektywnie. I często nie słyszymy tego, co najważniejsze... Słuchamy wybiórczo.... I stąd małżeńska wieża Babel. Źródło wielu kryzysów w małżeństwie.

Każdemu z nas bardzo zależy na tym, żeby samemu być wysłuchanym. Boleśnie odczuwamy, kiedy tak się nie dzieje.  Ale sami mamy problemy z wysłuchaniem męża/żony. Słuchając nie tylko okazujemy sobie szacunek, ale głęboko uwrażliwiamy się na drugiego człowieka, pełniej dostrzegając go i akceptując jako osobę.

Najważniejsze jest nieprzerywanie mówiącemu, nieprzygotowywanie odpowiedzi już w czasie słuchania go, ale otwarcie się na to, co mówi, chociaż wydaje nam się, że doskonale wiemy, co chce powiedzieć; otwarcie się na to, że nadal nie wiem wszystkiego o nim, ani o zdarzeniu, które mi chce opowiedzieć. Warto też przyjąć, że jesteśmy w stanie przekazać sobie sprawy ważne. Obdarzmy się ryzykiem zaufania, że zaakceptujemy w sobie nawzajem sprawy trudne, i że jesteśmy zdolni rozmawiać ze sobą także o sprawach bardzo intymnych. Traktujmy się nawzajem w sposób partnerski, bez przyjmowania pseudoopiekuńczej postawy, że mąż/żona nie jest zdolny do samodzielności w myśleniu, decydowaniu i funkcjonowaniu. Jeżeli naprawdę słuchamy, to nie przerywamy sobie, ale po zakończeniu jakiejś części wypowiedzi męża/żony, powtarzamy istotę jego wypowiedzi i  pytamy go: czy dobrze cię zrozumiałem? Czy rzeczywiście to chciałeś mi przekazać? Nie wszystko rozumiem, dopowiedz, powiedz innymi słowami, itp.

Wysłuchanie prowadzi do zrozumienia. Ważną rolę pełni tu empatia, czyli umiejętność wczuwania się w subiektywny świat drugiego człowieka, w jego przeżywanie sytuacji, wydarzeń, szczególnie trudnych dla niego, wywołujących konflikt z otoczeniem.   Empatia nie oznacza utożsamiania się z przeżywaniem w taki sam sposób jak drugi człowiek, zakłada bowiem dystans do jego przeżyć właściwy dojrzałej emocjonalności. Jednakże wczuwając się w drugiego, możemy go bardziej rozumieć, zaakceptować, a w konsekwencji bardziej kochać i mieć większe zaufanie. Łatwiejsze jest wtedy spotkanie z nim. Jeżeli sam odczuję, że ktoś mnie naprawdę rozumie, że komuś zależy na tym, by mnie zrozumieć, czuję się kochany i akceptowany. Dlatego też sam staram się rozumieć drugiego człowieka ze względu na niego samego, ze względu na jego osobę. 

Słuchanie i akceptacja, wysiłek zrozumienia i przyjęcia drugiej osoby tworzą klimat zaufania. Im bardziej słucham, tym bardziej drugi człowiek ujawnia się, tym trudniejsze tematy możemy podjąć. I wtedy, językiem zrozumiałym, mówimy sobie wielkie dzieła Boże.

Okazywanie sobie miłości w taki właśnie sposób jest głoszeniem wielkich dzieł Bożych. Jakaż radość w małżeństwie, w rodzinie kiedy tak rozumiemy się nawzajem, kiedy tworzymy kochającą się rodzinę! I to jest Boża radość!

Głoszenie wielkich dzieł Bożych we własnym małżeństwie to dzielenie się sobą w prawdzie, w absolutnej szczerości, otwartości, bez masek, bez tzw. zamiatania problemów pod dywan, bez niedomówień i owijania w bawełnę. Łagodnie, a gdy trzeba stanowczo i bez lęku. Ale z miłością. Bo miłość jest tym wielkim dziełem Bożym, którą niejako głoszę całym sobą, w naszych codziennych  relacjach. To nie tylko słowa, ale i gest, mimika twarzy, przytulenie, pieszczota, intymna jedność ciała. To wszystko są wielkie dzieła Bożej miłości, które głosimy całym sobą sobie nawzajem w naszych małżeństwach.

Głoszenie wielkich dzieł Bożych we własnym małżeństwie to mówienie językiem zrozumiałym, o sobie, dzielić się sobą, nie dyskutować, nie wyrażać opinii, nie wypowiadać komunikatów typu „ty” – że to wszystko Twoja wina, albo, jeszcze gorzej, że wszystkiemu są winni Twoi rodzice, i że „w normalnym małżeństwie…”, by pokazać, że nasze małżeństwo nie jest normalne. Mówić językiem zrozumiałym, to dzielić się swoimi uczuciami, sobą: boję się, ale i cieszę się, dobrze mi z tym. Mówić językiem zrozumiałym, to wypowiadać komunikaty typu „ja”. Czuję się z tym źle, obawiam się, przy tobie czuję się bezpiecznie, chciałabym, może byśmy spróbowali.

W różnych „dyskusjach małżeńskich” najczęściej chodzi o postawienie na swoim, o przeforsowanie swojego zdania, decyzji. Dzieląc się, przekazuję jak ja widzę dane zagadnienie od strony mojego przeżycia wewnętrznego, emocjonalnego, które mogę później próbować zobiektywizować. Jednakże mówię o sobie. Jednocześnie słucham i próbuję rozumieć. Mniej lub bardziej emocjonalnie, w duchu większej lub mniejszej aktywności życiowej. Z właściwym sobie sposobem reagowania –   bardziej wojowniczo lub bardziej ugodowo. Ale mówię o sobie. I to jest bardzo ważne w dialogu. Nie wypowiadam myśli ogólnych, że tak trzeba, albo ludzie uważają, ale mówię o sobie, w pierwszej osobie, wypowiadając jasny komunikat na temat swoich uczuć, stanu swojego wnętrza, swoich potrzeb i pragnień, zastępując wszystkie wypowiedzi zaczynające się od „ty”, wypowiedzią zaczynającą się od „ja”. 

 Dzielenie się jest czymś innym niż dyskusja. W różnych „dyskusjach małżeńskich” najczęściej chodzi o postawienie na swoim, o przeforsowanie swojego zdania, decyzji. Dzieląc się, przekazuję jak ja widzę dane zagadnienie od strony mojego przeżycia wewnętrznego, emocjonalnego, które mogę później próbować zobiektywizować. Jednakże mówię o sobie. Jednocześnie słucham i próbuję rozumieć. Nie wypowiadam myśli ogólnych, że tak trzeba, albo ludzie uważają, ale mówię o sobie, w pierwszej osobie, wypowiadając jasny komunikat na temat swoich uczuć, stanu swojego wnętrza, swoich potrzeb i pragnień, zastępując wszystkie wypowiedzi zaczynające się od „ty”, wypowiedzią zaczynającą się od „ja”.  

I wreszcie przebaczenie. Nikt z nas nie potrafi doskonale słuchać, rozumieć, dzielić się sobą. Wszyscy popełniamy błędy. Każdy z nas. Dlatego warto wybaczać sobie, być wyrozumiałym na wszystkie sytuacje, kiedy nie potrafimy żyć w takim dialogu. Dialog nie służy załatwianiu spraw, ani rozwiązywaniu problemów. Dialog służy wzajemnemu poznaniu. Dopiero potem można rozwiązywać problemy, podejmować decyzje, przyjmować jakieś strategie działania. Ale najpierw trzeba się wysłuchać, zrozumieć, podzielić sobą. Wybaczyć. Dialog nie jest jakąś specjalną akcją. Choć trzeba czasem specjalnie usiąść i porozmawiać o ważnych sprawach. Dialog jest sposobem życia na co dzień.