Aktualności

Słucham - rozumiem - ufam w Holandii

W dniach 15-17.05.2015 r. odbyły się pierwsze rekolekcje podstawowe na ziemi holenderskiej. Wiola i Sebastian – polskie małżeństwo które wcześniej uczestniczyło w rekolekcjach w naszej, tarnowskiej diecezji, podjęło próbę przeszczepienia ich na tamtejszy grunt. Bardzo głęboko przeżyli swój własny weekend, co spowodowało, że z dużym zaangażowaniem postanowili uczynić pierwszy krok w kierunku założenia ośrodka Spotkań Małżeńskich w Holandii. Zupełnie naturalnym kierunkiem było rozpoczęcie działań od próby zorganizowania pierwszego, sondażowego weekendu małżeńskiego. W porozumieniu z Irenką i Jurkiem Grzybowskimi, zaproponowali więc naszemu Ośrodkowi jego przeprowadzenie. Jednocześnie była akcja propagująca Spotkania wśród Polonii holenderskiej, która jest tam, dość liczna. Organizatorzy starali się dotrzeć do osób potencjalnie zainteresowanych, poprzez plakaty, ulotki i ogłoszenia w polskich kościołach. Ale nie było łatwo… Napotykali na liczne trudności, a i wsparcie ze strony duchowieństwa (nielicznego i może przepracowanego, o czym dalej…) też nie było za wielkie.

Z całą mocą należy podkreślić, że tylko ich ogromna determinacja w działaniu spowodowała, że przedsięwzięcie się udało

Wiola i Sebastian pochodzą z Warszawy, a do emigracji zmusiła ich bardzo trudna sytuacja ekonomiczna w jakiej się znaleźli. Wyjechali tylko we dwójkę, a po wielu już latach tam spędzonych, mają teraz czwórkę uroczych, ale wciąż bardzo małych jeszcze dzieciaków. Utrzymanie takiej rodziny i wychowanie dzieci u nas jest niezwykle trudne, a trzeba przecież uwzględnić jeszcze fakt życia w hermetycznym społeczeństwie, z roku na rok coraz bardziej niechętnie nastawionym do imigrantów. Pomału przechodzi do historii tradycyjna i – wydawałoby się –  ugruntowana tolerancja, którą nie tak dawno jeszcze Holendrzy się chlubili.

W tej sytuacji tym bardziej zasługuje na podziw postawa naszych gospodarzy i chęć zrobienia czegoś więcej, czegoś dla innych, czegoś dla ewangelizacji, a może, precyzyjniej mówiąc – reewangelizacji. A obraz katolicyzmu, a ogólniej – chrześcijaństwa w Holandii niestety nie nastraja optymistycznie. Większość kościołów jest pozbawiona funkcji sakralnych. Są one po prostu już sprzedane albo wystawione na sprzedaż, zamieniane na sale wystawowe a nawet magazyny czy sklepy. W pojedynczych przypadkach – na meczety. Niektóre są przebudowywane na hotele, mniejsze – na rezydencje. Te, które jeszcze funkcjonują, są na stałe zamknięte, a otwiera się je tylko podczas nabożeństw – przeważnie jest to jedna niedzielna Msza św., w nielicznych także w dni powszednie. Księża nie są na ogół związani z jedną parafią, mają pracę o charakterze „objazdowym”. Są to przeważnie księża, którzy przyjeżdżają (głównie z Azji) na dziesięcioletnie, płatne „kontrakty”. Rodzimych powołań kapłańskich nie ma w ogóle. Pewnym zaskoczeniem było dla nas to, że aż 40% Holendrów deklaruje katolicyzm. Jest siedem katolickich diecezji. Ale co z tego, gdy praktykujących wiernych jest przysłowiowa „garstka”, i to przeważnie bardzo zaawansowanych wiekiem… Kościół w Holandii jest tam nawet nazywany „Kościołem szarych głów”.

Również wśród nowej, polskiej emigracji odsetek praktykujących katolików jest niewielki – szacuje się go tylko na 5-10% ogółu. Nie ma prawie żadnych wspólnot świeckich. W całej Holandii jest jeden polski krąg Domowego Kościoła, spotykający się raczej rzadko – jego uczestników dzielą niestety odległości ! Jeżeli polska wspólnota decyduje się na Msze święte w języku polskim, to musi odpłatnie wynajmować któryś kościół. Nie myśleliśmy, że jest tam aż tak źle.

Wszystkie te informacje usłyszeliśmy od uczestników weekendu a także od jednego z polskich kapłanów pracujących wśród tamtejszej Polonii.

Niektórzy polscy rodzice dowożą dzieci na zajęcia do polskich szkół lub na lekcje religii, jeżeli gdzieś w pobliżu jest jakaś placówka, która je organizuje. Tak jest np. w Weert koło Eindhoven, gdzie odbywały się nasze rekolekcje.

Mieszkaliśmy w klasztorze Sióstr z Zakonu Najświętszego Zbawiciela (popularnie nazywane Siostrami Brygidkami) w tym niewielkim, schludnym jak wszystko w Holandii, miasteczku. Trzy siostry z Polski, kilka Hindusek i jedna Meksykanka oprócz realizacji swojego powołania, prowadzą w swoich murach po prostu skromny ale bardzo przyjemny pensjonat, który nawet reklamują na furcie klasztornej. Zresztą to zgromadzenie od wielu lat nie ma, jak to było dawniej, charakteru klauzurowego i jest dość znane ze swej „gościnności w duchu ekumenicznym”. Są obecne również w Polsce.

Prowadziliśmy ten weekend w dwie pary animatorów oraz ksiądz z Polski plus Wiola i Sebastian, jako para miejscowych organizatorów. Atmosfera wyciszenia i kameralny charakter obiektu sprzyjały naszym rekolekcjom. Uczestniczyły w nich zaledwie cztery pary małżeńskie, ale o ich silnej motywacji świadczy fakt, że wszyscy mieli dość daleką drogę na południe Holandii – z Rotterdamu, Hagi a jedna para – nawet z Paryża (ponad 400 km !!!). Można zatem powiedzieć, że był to taki holendersko – francuski weekend. Wszyscy pracowali z dużym zaangażowaniem a już po weekendzie dostaliśmy maile z podziękowaniami za przeżyty tam czas. Wypowiedzi na koniec weekendu świadczą o tym, że niezależnie od kraju, małżeństwa borykają się z takimi samymi problemami – kłopoty z codzienną komunikacją, poczucie obcości pomimo wspólnego zamieszkiwania, brak czasu na bycie ze sobą, powierzchowność kontaktów. Wszyscy byli zaskoczeni formą rekolekcji, niektórzy mówili o trudnościach w pisaniu listów do siebie, o tym że w domu zwykle tylko przekrzykują się wzajemnie i że nigdy nie wpadli na to, że można też spokojniej i rozważniej – właśnie w formie listów. Ale było też świadectwo małżonków o tym, że utwierdzili się w przekonaniu, że są na dobrej drodze. Z pewnym zdziwieniem stwierdzili, że od dawna praktykują dialog, niejako intuicyjnie, i mówili że są bardzo, bardzo szczęśliwi. Były też wzruszające świadectwa o pięknym liście miłosnym, najlepszej spowiedzi życia i chęci naprawy wszystkiego.

 

Jako animatorzy jesteśmy zgodni co do tego, że oprócz dążenia do zmian i próby naprawiania własnych małżeństw, był też inny, równie ważny powód przyjazdu – tęsknota za wspólnotą ludzi wierzących,  podobnie myślących i czujących. Oni wszyscy są tam po prostu bardzo osamotnieni. Należałoby ich koniecznie wspierać. Jesteśmy pewni, że zapału i chęci działania Wioli i Sebastianowi nie zabraknie i uda się tam stworzyć kolejny ośrodek Spotkań. Najpoważniejszą przeszkodą może być raczej brak osoby duchownej – kapłana czy zakonnika, bo prawie ich nie ma , a ci co są – są bardzo zapracowani.