KTO KOGO PIERWSZY PRZEPROSI?

- Pokłóciliśmy się... Jak zwykle o byle co. Ale to oczywiście była jej wina i oczekuję, że żona mnie pierwsza przeprosi. A ona jakby w ogóle nie widzi problemu... - skarżył się kiedyś Zygmunt.

– Jak można robić taką aferę z byle głupoty – obruszyła się na to jego żona.... Są małżeństwa, które potrafią bardzo szybko się pogodzić, a u innych konflikty ciągną się w postaci „cichych dni”. Jak to się dzieje, że kłócimy się w różny sposób? Jak się pojednać, przebaczyć sobie?

Awantury

– W moim odczuciu nigdy nie zraniłem Magdy – powiedział kiedyś Henryk – a jej pretensje i wypominanie mi tego, traktowałem jako kompleksy, przewrażliwienia i „odciski”. Ja tylko wypowiadałem swoje zdanie. Przecież to, co ona mówiła i co zamierzała zrobić, a niejednokrotnie już zrobiła, było kompletnie nielogiczne, pozbawione sensu, przeczyło zdrowemu rozsądkowi i utrudniało funkcjonowanie naszego domu. Kiedyś w trakcie tego, co mówiłem, nagle wyszła z pokoju i poszła do drugiego. Poczułem się jeszcze bardziej urażony i dotknięty tym, ze wychodzi w trakcie jak ja do niej mówię. Poszedłem za nią, żeby dokończyć, żeby mnie zrozumiała. Ale kiedy usiłowałem wypowiedzieć swoje racje, usłyszałem: „Wyjdź z pokoju! Wyjdź stąd!”. Nie rozumiałem tego. Bardzo, naprawdę bardzo chciałem wyjaśnienia tej sprawy i chciałem, żeby żona mnie zrozumiała. Mówiłem dalej, a ona zaczęła mnie okładać pięściami i usiłowała wypchnąć z pokoju. Wyszedłem wstrząśnięty, w szoku...

- Ja naprawdę nie mogłam kontynuować tej rozmowy – mówiła Magda – żona Heńka – Wyszłam z pokoju, bo chciałam, żeby moje emocje trochę opadły Potrzebowałam czasu. Słowa Heńka były dla mnie poniżające i upokarzające. Rzeczywiście nie panowałam nad rękami, tak jak Heniek nad słowami.

Rodzi się w takich sytuacjach problem winy, problem kto kogo pierwszy ma przeprosić. „Ja absolutnie nie czułam się winna”, „Ja czuję się skrzywdzony i zraniony. To ona powinna pierwsza mnie przeprosić” itd. Jesteśmy w zaułku, w ślepej uliczce, z której zdaje się, że nie ma wyjścia.

Kiedyś przed laty naszymi sąsiadami było małżeństwo, które kłóciło się codziennie. Kiedy przechodziło się koło ich drzwi, to najczęściej słychać było wzajemne krzyczenie na siebie, ale za godzinę można było ich widzieć idących pod rękę przez podwórko. Dlaczego więc jedni mogą się pogodzić szybko i łatwo, a u drugich kłótnie zdają się nie mieć końca?

Ciche dni

- Nasz problem polega na tym, że po każdym sporze, Wanda przestaje się do mnie odzywać. Milknie na trzy, cztery dni. Wypowiada tylko słowa niezbędne do wypełniania podstawowych czynności domowych. Potem, tak jakby ostrożnie zaczynają padać pierwsze dłuższe zdania, i po jakimś czasie nasze relacje wracają do normy. Ale... do następnego razu. Bardzo jest to dla mnie męczące - żalił się kiedyś Łukasz, od 10 lat żonaty. Jeden rodzaj cichych dni wynika z chęci ukarania współmałżonka milczeniem. Jedno z małżonków obraża się i milczy. Rozumuje: skoro on – czy ona - jest taki, to ja w ogóle się nie będę odzywać, szkoda słów, i tak do niego nie dotrze to, co mówię... U źródeł takiego zachowania leży poważne zranienie, uczucia skrzywdzenia, urażenia i poniżenia przeżywane powoli, długo zalegające w sercu. Powracające, podsycane i żywione. Zawzięte. Drugi rodzaj cichych dni jest wyrazem bezradności wobec konfliktu. Jedna strona milczy, gdyż boi się, że zostanie źle zrozumiana, że jej odezwanie się wywoła nową falę pretensji i agresji. Boi się odrzucenia. Często nie tylko nie potrafi wypowiedzieć, ale nawet nazwać w sobie tego, co czuje. Dlatego unika rozmowy. Ale to także ślepy zaułek porozumienia. Poczucie humoru jest ważne w rozładowywaniu napięcia we wzajemnych relacjach, ale nie może być jedyną receptą na ich uzdrowienie.

Skąd się biorą te trudności?

Różne są nasze cechy osobowości. Jedni z nas są bardziej emocjonalni, inni mniej. Ci pierwsi bardziej przeżywają konflikt na płaszczyźnie uczuć, drudzy – faktów i logiki argumentów. Bardziej emocjonalni często podsycają, „żywią” emocje i budują na nich oceny, oskarżenia, pretensje i wymówki. Słynne: ty znowu, ty zawsze, ty nigdy powstają najczęściej na bazie emocji. Na emocjonalność może nakładać się szybkość reagowania. Jedni z nas reagują szybko i gwałtownie, ale już po chwili im „przechodzi” i nie pamiętają urazy, natomiast u innych poczucie krzywdy, przykre uczucia i żale, zalegają długo. W poważnych sytuacjach, nawet latami. Jedni z nas są bardziej wojowniczy, drudzy – ugodowi. Jedni bardziej towarzyscy, inni – separatywni. Wszystko są to cechy naszej osobowości, których predyspozycje przynosimy ze sobą na świat w genach. Cechy te są pierwotnie dobre, gdyż należą do dzieła Bożego stworzenia, tylko nasza natura ludzka powoduje, że tak często te dobre cechy wykorzystujemy w sposób zły, prowadzący do konfliktów, napięć i niezgody. Warto zauważyć, że na przykład wojowniczość może być dobrze wykorzystywana, kiedy wspiera nas w wytrwałym dążeniu do celu i nie poddaniu się przeciwnościom. Nawet Królestwo Boże zdobywają ludzie gwałtowni (Mt 11,12). Tylko trzeba być Bożym wojownikiem. Ugodowość, dążenie do zgody, zdawać by się mogło niezwykle pożądana cecha, może być zagrożeniem więzi małżeńskiej, gdy jedna strona daje sobie, jak to się mówi, „chodzić po głowie” i podporządkowuje się we wszystkim, nie zawsze zgodnym z miłością zachowaniom czy pomysłom współmałżonka. Słynne „bycie od pantoflem” jest owocem nadmiernie ugodowego męża wobec wojowniczej i emocjonalnej żony. Doświadczenie mówi, że osoby, które szybko i gwałtownie reagują, i szybko im „przechodzi”, maja skłonności do recydywy. Dotyczy to np. problemu wierności małżeńskiej, z którą te osoby mają czasem trudności. Natomiast ich łatwość przebaczania jest niewątpliwą zaletą. Z drugiej jednak strony osoby trzymające w sobie przezywane emocje długo, wyciągają na trwałe wnioski z popełnionych błędów, ale wypominanie współmałżonkowi popełnionych win, nieraz dawno przebaczonych, ciągnie się nieraz latami. I wreszcie jeszcze jedna z – jakby biegunowych cech osobowości – separtaywność i towarzyskość. Separatywny, a jeżeli jeszcze dodatku emocjonalny, ma trudność, niejako wrodzoną, z nawiązaniem kontaktu i trudniej mu pierwszemu wyciągnąć rękę do zgody. Towarzyskiemu, dla którego więź z drugą osoba jest często ważniejsza niż „racje” zdecydowanie łatwiej powiedzieć przepraszam.

Jak się pojednać?

Już z tego krótkiego przeglądu cech osobowości widać, że mamy odmienne predyspozycje, które w różny sposób wpływają na zdolność przebaczenia. Warto poznawać cechy swojej osobowości, rozpoznawać je.

Jednym z nas jest łatwiej, a innym trudniej podjąć rozmowę. – On nie jest winny, tylko on jest inny – odkryła na Spotkaniach Małżeńskich jedna z naszych znajomych – On inaczej przeżywa niż ja. I ja tego nie zmienię. Mogę tylko zmienić mój własny sposób reagowania. Mamy wrodzone cechy osobowości, które są nam dane, ale i zadane równocześnie. W jednych poczucie zranienia zalega długo i trudno im zapomnieć, przebaczyć. Oni szczególnie powinni pamiętać, by „urazy chętnie darować”. Jednak jeśli sami popełnią coś, co nadweręży ich małżeńskie relacje i zrozumieją, to można im zaufać. Poprawa jest zazwyczaj trwała. U innych osób, gotowość przejścia, jak to się mówi, do porządku dziennego, nad nieporozumieniami, jest bardzo ważna w nawiązywaniu zerwanego kontaktu. Jednak, jak uczy psychologia, osoby te są skłonne do recydywy. Warto też, by ci, którym łatwo zrobić pierwszy krok w kierunku porozumienia, próbowali zrozumieć, że małżonkowi może być trudno zrobić to samo. Nie należy wtedy przyspieszać porozumienia „na siłę”, ale pozwolić, by trudne uczucia spokojnie w nim wygasły. Warto też, by małżonkowie, u których trudne uczucia zalęgają długo, starali się ich nie żywić i nie podsycać. Szczególnie jeśli zarówno mąż jak i żona mają w tym kierunku skłonności. Zarówno mąż jak i żona w małżeństwie, które się tak ostro kłóciło, a potem zaraz szło pod rękę, o którym pisałem wyżej, byli wojowniczy, emocjonalni, ale ich emocje trwały krótko i szybko opadały. Natomiast u Wandy, w przeciwieństwie do Łukasza, zalegały długo.

Czy on jest winny?

Na trudności we wzajemnym porozumieniu w małżeństwie warto popatrzeć nie tyle od strony, że ten drugi jest winny, ale także, że ja nie potrafię reagować z miłością. Dlatego nad cechami osobowości, które są dane i zadane, warto pracować. Na tkwiących w nich szansach budować porozumienie, a pracować nad skłonnościami, które to porozumienie utrudniają. przy odkryciu naszej znajomej: On nie jest winny, on jest inny. Niech to nam pomoże nie tylko pokonać ciche dni, ale w ogóle popatrzeć na nowo na budowanie porozumienia w małżeństwie. Chodzi o to, że musimy przepracować w sobie w jaki sposób kształtujemy w sobie nasze pierwotne cechy osobowości. One nie są same w sobie ani dobre ani złe. Dobre lub złe jest dopiero to, co z nimi zrobimy. Jeżeli widzimy, że druga strona konfliktu – mąż, czy żona – podsyca, jak się nam zdaje swoje „niedobre” skłonności, to popatrzmy na siebie: czy sami nie budujemy naszej postawy na własnych „złych” skłonnościach. Jeżeli sami mamy skłonności do długiego trzymania uraz, zauważmy, że przeciąganie cichych dni nie jest naszą „słuszną” decyzją, tylko raczej objawem własnej niedojrzałości osobowościowej. Zauważmy jednak, że jeżeli współmałżonkowi jest trudno i „trzyma w sobie” dajmy mu spokój, tylko życzliwą postawa ułatwmy mu szybsze wydobycie się z tego zaułka. To jest problem odpowiedzialnej postawy każdego z nas za współmałżonka.

W kierunku przykazania miłości

Wielki Post jest okazją, aby popatrzeć krytycznie na siebie. Przyjrzeć się swoim wadom i zaletom, szansom i zagrożeniem swojego temperamentu, swoich cech osobowości. Wielki Post to nie tylko czas odnowienia więzi z Bogiem. Nie jest bowiem możliwe pojednanie z Bogiem bez pojednania ze współmałżonkiem. Odkrycie słabości we własnym sposobie reagowania, odkrycie budowania własnych niechrześcijańskich reakcji na „niewątpliwe winy” i „złe cechy” współmałżonka, jest wystarczającym argumentem, by samemu pierwszemu dążyć do zgody, a nie wymuszać swoich racji. A jeżeli współmałżonek nie jest do tego jeszcze gotowy, to nie dlatego, że jest „zły”, ale być może dlatego, że jest bardziej emocjonalny i ma predyspozycję do długiego trzymania w sobie przykrych emocji. Skłonność do długiego trzymania w sobie uczuć przy innej okazji może wykorzystać w bardzo dobry sposób, teraz jednak ma takie trudności z darowaniem urazy. To ode mnie zależy, czy pozwolę mu na to, czy też swoją wojowniczość wykorzystam w zły sposób, przeciwko niemu. Zwornikiem wszystkich cech osobowości jest przykazanie miłości Boga i bliźniego. Wszystkie swoje zachowania, sposób korzystania z naturalnych predyspozycji, jako katolicy, podporządkowujemy temu przykazaniu. Budujemy na nim miłość w naszych relacjach ma małżeńskich. Nie miejmy więc satysfakcji, jeżeli współmałżonek nas pierwszy przeprosi. To może być pozorne zwycięstwo, a może nawet własna porażka, bo nie udało się samemu pierwszemu wyjść ze swoich emocjonalnych i wojowniczych okopów. Niewątpliwie ten, kto pierwszy przeprasza, niezależnie od wagi win i błędów, wykazuje się pełniejszym przepracowaniem w sobie cech temperamentu. Oznacza, że bardziej przepracował je w duchu miłości Boga i bliźniego. Impuls do przeproszenia może wynikać z własnych predyspozycji psychicznych, z pogłębionej dojrzałości osobowości przepraszającego. Ważne jest, byśmy naprawdę wrócili do siebie pojednani. I żeby to pojednanie było trwałe, a ono też zależy od własnych predyspozycji i pracowania nad nimi...

Wszystko to wymaga zdolności do spojrzenia z dystansu na siebie samego, przepracowania w sobie własnych sposobów reagowania. Potrzebna jest świadomość swoich cech. Nikt jednak nie może powiedzieć: taki jestem i taki będę, tak mam. Każdy z nas jakoś „ma” ale jest powołany do tego, by nad tym co „ma” pracować w kierunku coraz większej miłości. Jesteśmy sobie w małżeństwie dani i zadani.

Tylko kropką nad „i” jest stwierdzenie, że całe to „przepracowywanie” w sobie predyspozycji swojej osobowości jest owocne jeżeli się poddajemy źródłu miłości: Bogu i Jego łasce. Każdy powrót do siebie w małżeństwie, każde odzyskanie siebie po kłótni, czy nawet zdradzie, to przeżycie na nowo sakramentu małżeństwa, to jak gdyby ponowne udzielenie go sobie nawzajem, ponowne potwierdzenie miłości jako postawy wierności w trudnościach i uczciwości we wspólnym budowaniu i odbudowywaniu więzi.

Jerzy Grzybowski